Chciałoby się napisać, że wpadł mi dziś w ręce ciekawy film dokumentalny, ale to nie do końca prawda, bo obejrzałem go na Google Video, a nie na DVD z wypożyczalni. Ale nie o języku miało być.
Rzecz nazywa się "Why we fight?" i opowiada o kulisach amerykańskiej polityki zagranicznej na przestrzeni ostatnich sześćdziesięciu lat. Reżyser koncentruje się głównie na prowadzonych przez "Nowy Rzym" wojnach, sposobach ich uzasadniania oraz rzeczywistych powodach jakie prawdopodobnie skłaniały Stany do najeżdżania i okupowania kolejnych krajów. W sumie nic wielce odkrywczego, ale kilka rzeczy wyjaśnia.
W wizji przedstawionej przez Jareckiego (nie jest to jedyny polskawy, a może nawet polski, akcent w tym obrazie) za tak agresywną politykę najpotężniejszego na Ziemi imperium odpowiada połączenie interesów przemysłu wojskowego, Pentagonu, członków Kongresu oraz think tanków. A także konkretne przekonania - początkowo o tym, że trzeba wszelkimi metodami zwalczać komuchów, bo inaczej lada chwilą będą w Nowym Jorku, a po upadku ZSSR równie wspaniała idea, że oto nastały czasy hegemonii USA, które jest teraz dużym chłopcem na podwórku i może (a nawet powinno) wpierdolić każdemu, kto nie gra jak mu się zatańczy, zadaje za dużo pytań albo podnosi jakiekolwiek głosy sprzeciwu.
Ale to oczywiście nie wszystko, bo czymś te kikuty trzeba przetrącać. Tu na scenę wchodzi przemysł zbrojeniowy, dający w 2004 roku zatrudnienie jakimś 3.5 miliona Amerykanów oraz Pentagon z jego wiecznie rosnącym budżetem (każde dziecko wie, że USA wydają na wojsko więcej niż wszystkie kraje NATO, Rosja i Chiny razem wzięte). Jest więc okazja zrobić niezły interes. Podatnicy zapłacą kupę kasy, właściciele firm napchają sobie kieszenie, a żołnierze dostaną nowe zabawki. Potrzeba tylko jakiegoś placu zabaw oraz uzasadnienia dlaczego tam, a nie gdzie indziej, ale to też nie problem, bo zadbają o to chłopaki z think tanków, którzy są w stanie wymyśleć rozmaite powody i ładnie je obywatelom sprzedać (i na dodatek nie poniosą za to żadnej odpowiedzialności, bo nie są jak politycy wybierani przez wyborców). Wygląda to na zwyczajne towarzystwo wzajemnej adoracji, którego cel jest jasny - bawić się coraz lepiej, póki giną ludzie.
Jeśli rzeczywiście jest tak, jak twierdzi Jarecki (a dla mnie jego obraz jest dosyć sugestywny; zresztą zgadzałoby się z informacjami ze strony Al Jazeery sugerującymi, że think tanki w bardzo dużej mierze kształtują politykę USA) to "sytuacja jest normalna, wszystko spierdolone". Przerwanie tego zaklętego kręgu wyglądałoby podobnie do wyrywania kawałka narośli na własnym ciele. Co prawda rakotwórczej i na dłuższą metę szkodliwej, ale dającej krótkotrwałe korzyści. No i niestety silnie z resztą ciała zrośniętego. Polałoby się dużo krwi i trzeba by czymś otrzeć łzy pozbawionym pracy przy bombach ludzi, udobruchać posiadaczy akcji, wyrzuconych na bruk zawodowych kłamców i morderców, zgnieść te czy inne grupy nacisku, itp. Wiem, wiem... Myślę naiwnie i nierealnie: co z tego, że USA spauzują, skoro ich wrogowie tego nie zrobią? Lepiej już żeby to USA dyktowało warunki niż żółtki z Chin albo nie daj Boże fanatycy z jakiegoś tam Iranu. Jeszcze będą chcieli żebyśmy nosili burki i nie łoili wódy, albo uczyli się mandaryńskiego i chwalili przewodniczącego Mao, a Amerykańcy tylko chcą "demokracji" i wydawania kasy w galeriach handlowych. W sumie niewiele, co? Prawda jednak taka, że to Stany w dużej mierze nakręcają całą tę spiralę agresji po to, żeby chronić swoje interesy, tak jak to robiły wszystkie istniejące przed nimi imperia i jak pewnie będą robić wszystkie, które po nich zaistnieją. Nie oni, to kto inny. Taka już ludzka natura i bez rewolucji duchowej się nie obejdzie, bo ewolucja, bo zasoby, bo silniejszy zjada słabszego i takie jest prawo natury, i tak dalej. No, ale odjechałem w zupełnie poboczne tematy, bo w "Why we fight?" Jareckiego chłopcem do bicia jest USA (i słusznie!), które akutalnie najbardziej na świecie mieszają, a nie natura ludzka i zło jako takie.
Film wydano w 2004, ale to nie przeszkadza. Temat jest dalej aktualny. Jaszczur, który dostał pokojową nagrodę Nobla za dobre chęci, polityki swego imperium jakoś na inne tory nie wprowadził. W najnowszej odsłonie wyścigu po fotel prezydenta Żmijogrodu startują tylko podobne mu kreatury, słychać nawoływania do nowej wojny, tym razem z Iranem (wzięli sobie to do serca twórcy gry Battlefield 3, gdzie walczy się na ulicach Teheranu i próbuje powstrzymać sponsorowanych przez ajatollahów terrorystów wyposażonych w, o jakież to zaskakujące!, bomby atomowe). Więc na zmiany nie ma co liczyć. Rzucone przez Busha hasło "let's roll" jest wciąż aktualne.
Pozwoliłem sobie tu oczywiście cały wywód reżysera spłaszczyć i wtrącić swoje trzy grosze, więc najlepiej będzie jak obejrzycie film i samodzielnie wyrobicie sobie opinię. Jeśli nie zależy wam na jakości obrazu (a w tym filmie nie gra ona właściwie żadnej roli) polecam obejrzenie go w Google Video. Cały i niepocięty, nie to, co na YouTube.
Hm, to chyba dobrze, że coraz otwarciej mówi się o paranoi jaką sieje to 250 milionowe więzienie które kiedyś nazywało się krajem wolnych ludzi. Nie zapominajmy że w tym całym obrazku w którym imperium goni imperium jest też Europa i w niej widzę resztkę nadziej (która po masowych protestach w sprawia ACTA (nota bene też wynalazku wielkiego brata) tli się jakby silniej).